W okowach kanonu. Rzecz o "Historii urody" Georgesa Vigarello

Written by dr Katarzyna Sokołowska
Rate this item
(0 votes)

1

Dzięki pionierskim badaniom francuskich historyków nad długo niedocenianą w pracach naukowych sferą życia codziennego możemy dziś zajrzeć zarówno do alków i komnat pałaców, jak i pod dachy warsztatów rzemieślniczych oraz strzechy chłopskich chat. Mamy sposobność przyjrzeć się życiu prywatnemu naszych przodków, obserwując konwenanse, rytuały, gesty, zachowania przy stole, sposoby spędzania wolnego czasu czy praktyki religijne. W nurt ten wpisują się również prace Georgesa Vigarello bacznie przyglądającego się przemianom zachodzącym w sposobie traktowania ludzkiego ciała. Udostępniona polskiemu czytelnikowi Historia urody to obok Historii zdrowia i choroby oraz Historii gwałtu kolejna część „kulturowej historii ciała” tworzonej przez francuskiego badacza.

 Warsztatem pracy Vigarello są głównie ikonograficzne i literackie źródła francuskie. Czyż jednak Francja nie jest ojczyzną, a raczej powiedzieć by trzeba matką, wykwintnego stylu, szyku, żurnali mód i perfum? Z pewnością w dawnej literaturze polskiej nie znajdziemy podobnych francuskim Podręczników toalety (1771) czy Zwierciadeł urody (1612). Tym przyjemniej jest wejść w świat kreowany przez erudycję autora, choć brak reprodukcji omawianych dzieł jest z pewnością słabą stroną prezentowanej publikacji.

Dziś chętnie wierzymy, że piękno jest w oku patrzącego, minione epoki jednak nie mogły obyć się bez pojęcie kanonu. Młoda Maria Baszkircew, przeglądając się w lustrze, porównywała swoje ciało z greckimi posągami. To kanon właśnie, choć zmieniający się w kolejnych stuleciach, narzucał sztywne ramy, w które wpisać się musiała każda kobieta pragnąca zyskać miano urodziwej. Bardzo długo też poza kanonem pozostawała cała dolna część kobiecego ciała. Śladów urody dopatrywano się wyłącznie w górnych partiach ciała: twarzy, szczególnie w oczach, rękach i piersiach. O nogach, biodrach czy stopach nawet nie wypadało wspominać. Szczelnie otulona kilogramami halek, pod kloszem hiszpańskich fortugałów, francuskich panier czy późniejszych krynolin dolna część ciała stanowiła jedynie piedestał dla tułowia. Doskonale obrazuje to anegdota dotycząca Marii Anny Austriaczki żony Filipa IV, kiedy starszyzna cechu pończoszników w Madrycie ofiarowała królowej misternej roboty pończoszki, marszałek dworu odesłał dar z komentarzem: "Królowa Hiszpanii nie ma nóg". Nie oznacza to oczywiście, że ów „dół” pozostawał zupełnie nieważny, był zazwyczaj godnym i często luksusowym oparciem dla przyciągającej spojrzenia „góry”.

 Obca była też minionym wiekom naturalność kształtów, choćby ta wypracowana – wymagająca ćwiczeń i samodyscypliny – utożsamiana dziś z pięknem. Nieskrępowaną sylwetkę kojarzono ongiś wyłącznie z wdziękiem godnym chłopek. Piękne zaś ciało to takie, które poddano geometryzacji, nadając mu za pomocą gorsetu formę stożka. Przełomem zapowiadającym nową epokę były kreacje Marii Antoniny, takie jak widzimy je na obrazie namalowanym przez Élisabeth Vigée-Lebrun z roku 1783 ukazującym królową w zwiewnej, dopasowanej białej sukni. Mimo upowszechnianej z czasem wiedzy o szkodliwości gorsetu, paniom trudno było z niego zrezygnować, podkreślał on bowiem dwa najważniejsze kobiece atuty – biust i talię. Sprawne ręce krawcowych oraz gorsety rzeźbiły kobiecą sylwetkę aż do rewolucyjnych lat 20. minionego wieku. Wraz z jego odrzuceniem zbiegło się równie przełomowe wydarzenie w historii mody, a mianowicie odsłonięcie kobiecych nóg.

Trudno sobie wyobrazić współczesną kobietę, która nie dba o urodę. Dopóki piękno ciała traktowano jako dar natury, urodą cieszyć się mogły nieliczne jednostki. Egalitaryzacja urody to zdobycz zaledwie minionego stulecia. Odtąd jednak jest ona już nie tylko przywilejem kobiety, bynajmniej niełatwo zdobytym, ale wręcz obowiązkiem, którego zaniechać w żadnym razie nie powinna, dopomaga jej zresztą w tym chętnie przemysł estetyczno-kosmetyczny. Skądinąd przez całe stulecia za jedyny kosmetyk odpowiedni dla szanującej się kobiety uważano wodę. „Doskonałość – pisze Georges Vigarello – ma być niezależna od zabiegów upiększających. Nie potrzebuje «pomocy», zamknięta i skończona na wieki. Dlatego rodzi się nieufność wobec sztuczności, podejrzliwość wobec korzystania z kosmetyków, wobec zadbanej cery: tylko naturalna uroda miałaby moc afirmacji” (s. 43). Z pewnością nie oznacza to wcale, że elegantki minionych wieków zaniechały zabiegów pielęgnacyjnych, choć długo jeszcze makijaż kojarzono wyłącznie z aktorkami i kobietami lekkich obyczajów.

 Całe stulecia trwało nim uroda została uwolniona spod norm kanonicznego piękna. Podobnie niełatwe było wyzwolenie sylwetki spod dominacji przytłaczającego ją ubioru. W niełaskę i zapomnienie popadły gorsety czy krępujące ruchy stroje. Dziś ciało kobiety należy do niej samej, a jak przekonują reklamy kosmetyków i medycyna estetyczna, uroda nie zna wieku. Czyż jednak zdobyta wolność nie jest jedynie iluzją, a nowym gorsetem krępującym kobiece ciało jest pospolita acz bezwzględna waga łazienkowa? Z pewnością liczenie kilogramów stanowi obecnie podstawowy wyznacznik atrakcyjności fizycznej.

 Naturalne wydaje się podziwianie urody ciała i pragnienie jej zachowania. Piękno jednak zdaje się czymś więcej, jak pisała starożytna poetka, Safona: „Człowiek piękny jest nim tylko z wyglądu, // Dobry zaś zarazem będzie i piękny”.
 Georges Vigarello, Historia urody. Przeł. Maciej Falski. "Aletheia". Warszawa 2011.