Zwierzę, które kocha... Rzecz o "Homo eroticus" Jerzego Adama Kowalskiego

Written by dr Katarzyna Sokołowska
Rate this item
(0 votes)

1

Biblijny nakaz „Mnóżcie się i napełniajcie ziemię”, to chyba jeden z nielicznych, które ludzie tak skrupulatnie wypełnili. Jednak moment, w którym człowiek okrył swoją nagość, opuszczając ogród Eden, to symboliczny początek zawirowań wokół ludzkiej seksualności. Dużym uproszczeniem dokonywanym niejednokrotnie w przeszłości jest sprowadzanie seksualności człowieka bądź do sfery kultury bądź biologii. Jerzy Adam Kowalski w książce Homo eroticus podkreśla, że człowiek posiada unikalną w świecie zwierzęcym zdolność „do przekształcania życia seksualnego w przeżycia o głębszym, duchowym charakterze, zdolność przekształcania faktów czysto biologicznych – w zdarzenia umysłowe, kulturowe, intelektualne”. W interdyscyplinarnym studium dotyczącym seksualności człowieka przedstawia on, zresztą w niezwykle intrygujący sposób, zarówno biologiczne, jak i kulturowe aspekty ludzkiej erotyki.

Jared Diamon pisał: „Nie ma tygodnia, aby nie ukazała się kolejna książka o seksie. Nasza żądza czytania o seksie ustępuje jedynie naszej żądzy uprawiania go. Można by zatem przypuszczać, że podstawowe fakty z zakresu ludzkiej płciowości powinny być znane laikom i rozumiane przez uczonych”. Jak zatem niewiele wiemy o tej stronie naszej natury i jak liczne są jeszcze zagadki do rozwiązania na jej temat, pokazuje książka J.A. Kowalskiego.

Współczesna seksualność człowieka jest z pewnością konsekwencją strategii rozmnażania naszych prarodziców nieustających w dążeniu, by zdobyć partnera płodnego i zdolnego do opieki nad potomstwem, zwłaszcza że okres adolescencji trwa u ludzi niezwykle długo. Cały ambaras z wyborem odpowiedniej strategii jest konsekwencją tego, że natura zdecydowała się obdarzyć nas płcią. O ile łatwiejsze jest życie rozmnażających się bezpłciowo niektórych rodzajów gąbek, skorupiaków czy wrotek haploidalnych! W przypadku kobiet i mężczyzn strategie są zasadniczo odmienne. Mężczyzna pragnie spłodzić maksymalnie wiele dzieci, czego wymownie dowodzi przykład sułtana Maroka Mulaja Ismaila Krwawego, który miał być ojcem około tysiąca potomków. Kobieta zaś nie mogąc mieć tak spektakularnej ilości dzieci z przyczyn fizjologicznych, posługuje się dwiema strategiami. Z jednej strony stara się pozyskać partnera o najlepszych genach, z drugiej zaś dąży do znalezienia mężczyzny mogącego zaoferować jej pomoc w wychowaniu potomstwa, co jak wiemy, nie zawsze jest zbieżne. Realizacji wybranych strategii sprzyja m.in. stała receptywność seksualna człowieka, ukrycie czasu owulacji u kobiet, ornamenty seksualne, jak choćby kobiece pełne piersi czy wydatne usta. A interpretacja każdej z tych cech stanowi wyzwanie dla biologów ewolucyjnych.

Szczególnie ciekawe jest zagadnienie monogamii jako strategii rozmnażania. Wśród ptaków strategię tę stosuje około 90 procent gatunków, a łabędzie czy albatrosy potocznie uważa się za symbole wierności partnerskiej. Z kolei w królestwie ssaków takie zachowanie należy do wyjątków. Tak więc wybierając monogamię, jesteśmy bliżsi ptakom niż tym gatunkom, z którymi łączy nas większe pokrewieństwo. Naukowcy próbują odpowiedzieć na pytanie dotyczące przyczyn ludzkiej monogamii, przynajmniej monogamii czasowej, jak to prezentuje się z dzisiejszej perspektywy. Poszukiwanie korzeni tej właśnie strategii rozmnażania sięga żyjącego 4,4 miliona lat temu gatunku Ardipithecus ramidus. Dla wysuwającego ową śmiałą hipotezę Owena Lovejoya monogamia ardipiteków byłaby konsekwencją wyboru przez samice mniej agresywnych i skłonnych do dzielenia się pokarmem samców, choć mówiąc o tak zamierzchłych czasach trudno o jednoznaczne, a nawet przekonujące dowody. Większość antropologów przyjmuje za podstawę „małżeństwa” aspekt seksualny. Z kolei Richard Wrangham upatruje spoiwa „małżeństwa” opartego na podziale pracy w aspekcie ekonomicznym, mianowicie konieczności zaspokojenia potrzeb pokarmowych kształtujących się na nowo wraz z opanowaniem przez człowieka ognia. Z pewnością we współczesnym świecie zarówno zaspokojenie potrzeb seksualnych, jak i pokarmowych jest możliwe bez małżeństwa.

W potocznym myśleniu często uważa się, że natura stworzyła kobiety do monogamii, a mężczyzn uczyniła poligamistami. Możemy wyjść poza kulturowe postrzeganie tej kwestii, przyglądając się wynikom badań nad wielkością męskich jąder. Okazuje się bowiem, że ta część męskiej anatomii jest wyraźnie skorelowana ze stopniem promiskuityzmu kobiecej natury. Wielkość jąder i tym samym ilość produkowanej przez nie spermy świadczą, że w toku naszej ewolucji mężczyźni musieli sprostać pewnej konkurencji. Wprawdzie w tej kategorii ludzkie jądra ustępują wielkością szympansim, są jednak wydatniejsze niż u goryli. Ci ostatni organizują bowiem sobie haremy samic, kontrolując, by nie miały one szansy na kopulacje „pozamałżeńskie”. Na ile nasz gatunek jest skłonny do poligamii lub monogamii podpowiedzieć może nam stopień dymorfizmu płciowego, a konkretnie różnice w wielkości ciała kobiet i mężczyzn. Im bardziej poligamiczny jest dany gatunek, tym większa jest różnica w wielkości między samcem a samicą. Goryl utrzymujący w swym haremie kilka samic jest od nich zasadniczo większy, potrafi ważyć dwa razy tyle co każda z nich. Jest to jednak różnica niewielka w porównaniu z trzytonowym samcem słonia morskiego i jego pięćdziesięciokilogramowymi partnerkami, których ma on w swym haremie ponad czterdzieści. Monogamiczna zaś para gibonów jest tej samej wielkości. Z kolei różnice między kobietą a mężczyzną są niewielkie, choć zauważalne. Mężczyźni przeciętnie są o około 8 procent wyżsi i o około 20 procent ciężsi niż kobiety. Tak więc nasza budowa sugeruje umiarkowaną poligynię ludzi.

Cechą wyróżniająca nas spośród innych gatunków jest z pewnością przywiązywanie wielkiej wagi do uczuć. Szczególne znaczenie ma w naszej kulturze miłości. Jej potędze dorównać może jedynie śmierć. Czy miłość jest zatem celem życia człowieka? Jest to pytanie, na które odpowiedzi szuka zarówno uczony filozof, jak i przysłowiowy Iksiński. Biologia udziela własnej odpowiedzi, choć, może wcale nie takiej, jaką chcielibyśmy usłyszeć. Cóż... celem, dla którego istniejemy jest przekazanie naszych genów kolejnym pokoleniom, z czym jak dotąd nasz gatunek świetnie sobie radzi.
 Jerzy Adam Kowalski, Homo eroticus. Wydawnictwo IBS. Instytut Badań Seksualnych. Opole 2011, ss. 301.